Do raju bram nie po drodze

Prolog

Bramy nie czytają książek. Nie znają ekonomii ani historii, nie wiedzą, co to transformacja, prywatyzacja czy restrukturyzacja. Brama zna tylko ruch.

O szóstej rano przez bramę płynie rzeka ludzi w jedną stronę, po południu w drugą. Brama liczy ich, nie licząc. Wie, kto się spóźnia, kto idzie chory, kto niesie pod kurtką coś, czego nie powinien. Zna zapach smaru, potu i taniego tytoniu. Zna kolejkę pod portiernią, pył na parapetach i kłamstwo w gazetce zakładowej. Nie była naiwna i nie jest sentymentalna.

Dlatego kiedy rzeka wysycha, brama widzi to pierwsza. Nie rozumie dlaczego. Wie tylko, że nikt już nie przychodzi. I wtedy zaczyna krzyczeć.

Tego krzyku nikt nie słyszy, bo bramy krzyczą żelazem i cegłą. Ale da się go przeczytać. Wystarczy stanąć przed którąkolwiek z nich i zapytać, dokąd prowadziła.

Świadek i bojowniczka

Brama kopalni mogła tylko patrzeć, więc patrzyła. Czołg nie przyszedł przez nią. Przyszedł przez mur obok, jakby nawet on wiedział, że bramy się nie łamie, tylko obchodzi. Brama widziała, jak górnicy wypychają napastników za jej próg, i przez chwilę myślała, że to już koniec. Potem usłyszała strzały.

Dziewięciu nie wróciło do domu drogą, którą przychodzili co dzień. Brama nie umie płakać. Umie tylko stać tam, gdzie zawsze stała, i robi to do dziś. Kopalnia jeszcze fedruje, choć pod inną nazwą, połączona z sąsiadką. Brama wie, jak kończą się takie połączenia. Liczy, ilu jeszcze przechodzi.

Brama stoczni była inna. Ona nie patrzyła, ona walczyła. W sierpniu zamknęła się od środka i pierwszy raz w życiu strzegła tych, którzy byli za nią, a nie tych, którzy ją postawili. Ludzie wieszali na niej kwiaty, obrazy i tablice z żądaniami. Przez pręty podawano chleb. Matki szukały wzrokiem synów. Brama trzymała.

W grudniu przyszedł czołg i rozbił jej wrota. Wymieniono je. Potem wymieniano je jeszcze nie raz, aż w końcu odtworzono bramę taką, jaka była w tamtym sierpniu, w szarym kolorze, który ktoś musiał wyczytać ze starych zdjęć. Brama tego nie pamięta. Pamięta tylko, że wygrała. Tak, wygrała. Tylko nikt jej nie powiedział, w co grała.

Jest dumna i ma do tego prawo. Stoi w rejestrze zabytków, nosi europejski znak dziedzictwa, co roku obwiesza się ją kwiatami. Patrzy ponad głowami wycieczek na żurawie i myśli, że wszystko wciąż pracuje. Nie odróżnia już żurawia, który podnosi, od żurawia, który pozuje. Z daleka wyglądają tak samo.

Stocznia, którą osłoniła, ogłosiła upadłość szesnaście lat po tamtym sierpniu. Brama nie przyjmuje tego do wiadomości. Ona prowadziła do wolności. Nie pyta, dokąd ta wolność potem poszła.

Sieroty

Pod bramą w Ursusie nikt nie składa wieńców. Nikt nie przychodzi tu w rocznicę, choć rocznic byłoby dość. W czerwcu siedemdziesiątego szóstego ludzie stąd wyszli na tory. W osiemdziesiątym stali w pierwszym szeregu. Brama ich wypuszczała i wpuszczała z powrotem, i była z nich dumna jak każda brama, która ma swoich.

Najpierw przez tę bramę wjechał zachodni kapitał. Były lata siedemdziesiąte. Przyjechał w skrzyniach, z licencją i z kredytem, i obiecał, że z bramy będą wyjeżdżać ciągniki dla całego kraju. Część obietnicy się spełniła. Ciągnik z Ursusa do dziś stoi w niejednej stodole i zapala na mrozie. Część się nie spełniła. W osiemdziesiątym pierwszym w magazynach stały maszyny warte miliardy, rozpakowane do połowy albo wcale. Brama nie znała słowa „przeinwestowanie”. Widziała tylko skrzynie, których nikt nie otwierał.

Potem zachodni kapitał wrócił. Tym razem nie przywiózł maszyn. Przyjechał obejrzeć ziemię.

Dziś za bramą stoją bloki. Nazywają się tak jak zakład, bo nazwa dobrze się sprzedaje. Kilka hal zostawiono, odnowiono i wpisano do rejestru, żeby mieszkańcy mieli klimat. Wszystko, co dało się sprzedać jako klimat, zostało sprzedane. Została brama, bo nikt nie chce mieszkać w przejściu.

Brama w Ursusie krzyczy najgłośniej. Nie na tych, którzy przyszli, tylko na tych, którzy wyszli. Na planistów, którzy kupili za dużo i nie umieli tego uruchomić. Na robotników, którzy wywalczyli wolność, ale nie umieli wnieść jej przez bramę z powrotem do hal. Na tych, którzy podpisali sprzedaż ziemi. Słowa „potencjał produkcyjny” brama też nie zna. Zna tylko rachunek: ile ciągników mogło stąd wyjechać, a ile mieszkań tu wjechało.

Po drugiej stronie Wisły podobnie krzyczy brama fabryki samochodów. Pamięta czasy, kiedy samochód w tym kraju miał tutejszy adres. Pamięta talony, zapisy i lata czekania na auto, które wyjeżdżało stąd. Dziś ma ten sam problem co jej siostra z Ursusa: stoi, a nikt przez nią nie wyjeżdża.

Wieża

Pod bramą „Wujka” i pod krzyżem obok niej co roku składa się kwiaty, ale na Śląsku brama znaczy mniej. Tam strażnikiem była wieża szybowa i los każe jej grać tę rolę dalej. Kopalnia może zniknąć, wieża zostaje, bo upadek musi być widoczny z każdego miejsca. Z okna pociągu, z balkonu na osiedlu, z cmentarza na górce.

Kiedyś koła na jej szczycie się kręciły i całe miasto wiedziało, że pod ziemią są ludzie. Dziś stoją. Wieża ogłasza koniec tym samym urządzeniem, którym kiedyś ogłaszała pracę. Nie trzeba niczego tłumaczyć. Wystarczy podnieść głowę.

Nie każda dostaje tę rolę. Niektóre się wysadza i miasto budzi się z dziurą w panoramie, a na miejscu zostaje złom. Inne odnawia się za unijne pieniądze, zakłada iluminację i nazywa landmarkiem. Jest też wieża, która nie wie, że umarła. Stoi nad szybem, który dalej pompuje wodę, żeby nie zalało kopalń sąsiadów. Martwy zakład pilnuje żywych. To jedyny strażnik, któremu odebrano nazwę, ale zostawiono funkcję.

Wieś

Brama PGR-u jest starsza niż PGR. Postawił ją dziedzic, często mówiący po niemiecku, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o reformie rolnej. PGR ją tylko odziedziczył, razem z pałacem, czworakami i oborami. Za bramą stała chlewnia, a na jej ścianie ktoś wymalował wapnem wielkie litery: NIGDY WIĘCEJ WOJNY.

Świnie nie umiały czytać, więc hasło było dla ludzi. Dla traktorzystów, dojarek, chłopaków z czworaków. I hasło dotrzymało słowa, bo wojny więcej nie było. Przyszło za to coś, co z daleka wyglądało tak samo. Ustawa z dziewiętnastego października, likwidacja, puste obory, wybite szyby, ludzie bez pracy w środku pola, daleko od miasta i od autobusu. Front przeszedł, choć nikt nie strzelał.

Farba łuszczy się wolniej, niż upadają instytucje. Napis wciąż da się przeczytać. Od kilku lat znów jest aktualny, bo wojna wróciła.

Mogło być inaczej. Za podobnymi bramami w Holandii rolnicy sami są właścicielami mleczarni, głosują nad ceną mleka i dzielą się zyskiem. Tylko że tam każdy wnosi do spółdzielni własną ziemię i własne krowy. Ludzie z czworaków nie mieli czego wnieść prócz ciężkiej pracy, bo nigdy niczego nie mieli, bo wszystko było państwowe, czyli niczyje. Krowy i świnie wysłano do ubojni, na bramy takich zakładów założono kłódki.

Później, kawałek po kawałku, wydzierżawiono ziemię, po kilkaset hektarów naraz. Brama widziała, jak wjeżdżają coraz większe ciągniki i jak coraz mniej ludzi wychodzi do nich z czworaków.

Potem brama słyszała, co się o nich mówi. Pegeery i tak nie działały. Leniom się nie chciało. Trzeba było się przekwalifikować. Nikt wam nie kazał pić.

Brama pamięta co innego. Światło w oborze o czwartej, zanim zapiał kogut. Parę z krowich pysków w styczniu i brzęk bańek na mleko. Kwik w chlewni, kiedy świnie słyszały wiadra z parowanymi ziemniakami. Żniwa od świtu do świtu, reflektory kombajnów sunące nocą po ściernisku, plewy za kołnierzem, obiad w bańce na miedzy. Pili, brama tego nie ukrywa. Ale o czwartej wstawali.

Miejskie bramy osiedli strzeżonych nie lubią wsi, tam śmierdzi gnojowicą. Wieś jest dobra na grilla. Na piątek, piąteczek, piątunio. Przyjeżdżają z miasta, rozpalają węgiel, otwierają butelki, a w poniedziałek rano jadą do pracy z ciężką głową. Miejskie bramy osiedli strzeżonych poznają wieś po wycieraczkach, po brudzie i zapachu ludzi wracających z grilla. Może to wieś tak od nich śmierdzi, a może sami obsikali się podczas weekendowego picia. Od nikogo nie słyszą, że nikt im nie kazał pić.

W PGR-ach nikt nie zostawił „trudnych” poniedziałków.

Przez tę bramę wyjechał kiedyś człowiek z PGR-u. Wyszedł z gospodarstwa? Wyszedł, i to dla ludzi. Walczył, żeby zatrzymać likwidację? Walczył, jak mógł, jak umiał. Blokował drogi, wysypywał zboże na tory, krzyczał w telewizji. Bramy go lubiły, bo krzyczał ich głosem. Nie ma go? Nie ma. A przydałby się? Bramy mówią, że bardzo. Bramy nie czytają akt i nie znają wyroków. Pamiętają tylko, że ktoś wyjechał w ich obronie i nie wrócił.

Zucker

Brama cukrowni mówi dziwnie. Postawili ją ludzie mówiący po niemiecku. Potem przez kilkadziesiąt lat uczyła się polskiego, a potem znowu usłyszała niemiecki, tym razem w umowie.

Jesienią całe miasteczko pachniało melasą i każdy wiedział, że trwa kampania. Ciężarówki z burakami stały w kolejce aż za most. Potem z Brukseli przyszła cena: za każdą tonę cukru, której się nie wyprodukuje, siedemset trzydzieści euro. Okazało się, że cukier niewyprodukowany jest wart więcej niż wyprodukowany. Cukrownię zamknięto, prawo do rynku zachowano. Kwotę przeniesiono gdzie indziej jak klucz w kieszeni.

Brama mówi dziś mieszaniną trzech języków, bo polskiego już nie pamięta, a niemieckiego nigdy się dobrze nie nauczyła:

– Polska Zucker dobra Zucker, bo nemecki.

Nie da się jej powiedzieć, że się myli, bo polskie cukrownie zamykał także polski właściciel. Brama nie robi różnic. Pamięta tylko, że zamykano ją po niemiecku i po polsku tym samym kluczem.

Pabianice

W Pabianicach są dwie bramy i dzieli je niecałe sto lat.

Pierwszą postawił Saksończyk, który przyszedł tu z kilkoma ręcznymi krosnami. Z tych krosien wyrosło imperium: fabryka z własną gazownią, ze szkołą i ze szpitalem, w którym robotnika leczono za darmo. Brama widziała strajki i szarże policji. W czerwcu dwudziestego dziewiątego roku dyrekcja zamknęła ją przed czterema tysiącami ludzi. Wtedy otworzyła się znowu. Potem przyszła wojna, potem inna nazwa, potem coraz mniej krosien i coraz więcej ciszy.

Dziś brama zagląda przez ramię ludziom, którzy na przystanku przeglądają w telefonie oferty pracy. Spawacz, monter, Niemcy, trzy i pół tysiąca euro na rękę. Saksończycy przyszli tu budować. Wnukowie tkaczy jadą tam spawać.

Druga brama nie jest reliktem. Ona umiera teraz, na oczach miasta. Przez sto pięć lat wypuszczała światło. Najpierw jako Polam, potem pod szyldem holenderskiego koncernu, na końcu pod właścicielem zza oceanu, którego żaden z pracowników nie widział. Fabryka zarabiała i miała zamówienia. Upadła, bo właściciel zadłużył się na drugim końcu świata na miliardy dolarów.

We wrześniu czterysta siedemdziesiąt cztery osoby dostały wypowiedzenia. Przez całą jesień przechodziły przez tę bramę i liczyły, ile razy jeszcze zostało. Brama nie ma kogo oskarżyć. Patrzy w stronę, z której przyszła decyzja, i widzi tylko ulicę.

Epilog

Wszystkie te bramy znają jedno słowo, choć żadna nie wie, skąd je zna. Likwidacja.

Zapisano je w ustawie z dziewiętnastego października, która zamknęła PGR-y. W kodeksie spółek, gdzie likwidator spienięża majątek. W planie zamknięcia kopalni, gdzie oznacza zasypanie szybu i kontrolę zasypu raz w roku. W księdze środków trwałych, gdzie zużytą maszynę się likwiduje, czyli wykreśla. Tym samym słowem mówi się o partii, która wypadła z sejmu, o stanowisku, którego już nie ma, i o człowieku.

W polszczyźnie jest jeszcze jedno znaczenie. Likwidacja szkody. Po wypadku przyjeżdża likwidator, ogląda, wycenia i naprawia. To jedyna likwidacja, która obiecuje coś przywrócić. Do bram nikt taki nie przyjechał.

Brama stoczni wciąż jest dumna. Mówi cudzym głosem, jak mówiło się w tamtym sierpniu:

– O takem Polske walczyłam.

Prowadziła do wolności i ma rację: ludzie mają wolne, nie pracują. Pozostałe bramy jej nie przerywają. Pytają tylko, każda swoim językiem, żelazem, cegłą, łuszczącym się wapnem i łamanym niemieckim, czy warto było przez nią przechodzić, skoro po drugiej stronie nie czekała praca.

Nikt im nie odpowiada. Bramy stoją. To jedyne, co jeszcze umieją robić.

Którejś nocy pod bramę w Ursusie przyszedł ktoś z puszką farby i pędzlem. Nie miał kamizelki z logo firmy ani legitymacji. Stanął przed bramą tak, jak staje się przed tablicą, i zaczął pisać dużymi literami, od lewej, równo, jak ktoś, kto kiedyś malował transparenty.

Brama znała te słowa. Słyszała je pod swoimi prętami, kiedy tłum był młodszy i wykrzykiwał je na wiecach, w stronę, w którą dziś nikt już nie patrzy.

Za bramą zapaliła się latarka. Ochroniarz z osiedla krzyknął i ruszył w stronę przejścia. Malujący rzucił pędzel i zniknął między blokami. Puszka przewróciła się na chodnik, farba spłynęła do studzienki.

Rano ludzie idący na przystanek czytali napis urwany w pół zdania:

A na drzewach zamiast liści będą
górnicy
stoczniowcy
rybacy dalekomorscy
szwaczki
włókniarki
rolnicy
hutnicy
tkaczki
cukrownicy
dojarki
robotnicy przemysłu ciężkiego