Nad stawem

Bajka o budynku, który postanowił się ruszyć.

Paweł Pakuła


INuda

Na obrzeżu miasta stał wielki dwunastopiętrowy blok z betonu. Stał bezcelowo, bo nie był zamieszkały, nie było w nim sklepów ani urzędników z pieczątkami. Stał i nudził się.

Słyszał od robotników, którzy go stawiali, że na końcu drogi zaczynającej się w jego bramie jest miasto. Miasto kolorowe i głośne, jasne w nocy i ciemne za dnia od cienia wysokościowców.

Robotnicy odjechali w listopadzie i już nie wrócili.

Przez pierwsze lata liczył siebie.
Oddychał — w południe wydłużał się o kilka milimetrów w stronę drogi, nad ranem wracał. Trzysta sześćdziesiąt pięć wdechów i tyle samo wydechów rocznie.
I gdyby umiał rachować, to stwierdziłby, że przybliżył się do drogi o sto centymetrów i później całe te sto centymetrów wrócił. Ale on stał, więc nie pokonał ani jednego metra po drodze, która do niego prowadziła.
Puls miał wolniejszy: dwa uderzenia na rok, w zimie, kiedy woda w jego porach zamarzała i na wiosnę, gdy odtajała. Nie wiedział, ile ma tych uderzeń zapisanych, i nie było kogo zapytać.

W bezchmurne noce niebo nad nim otwierało się całe, bo nie było wokół ani jednej latarni.

Wtedy widział okna. Setki okien, jedno przy drugim, i całą jasną ulicę w poprzek nieba.

Próbował je liczyć. Pierwsze, drugie, trzecie, czwarte, piąte, szóste, siódme, ósme, dziewiąte, dziesiąte, jedenaste, dwunaste.

Dalej nie umiał, więc zaczynał od nowa.

Wiedział, jak wygląda zapalone światło w oknie. Na początku budowy stały obok baraki dla pracowników i wieczorami paliło się w nich światło, i chodzili tam ludzie od ściany do ściany. Rozebrano je i wywieziono, kiedy skończono jego. Były do rozebrania. On był na sto lat.

Nad ranem, po takich nocach, był mokry.

Czterdziestej zimy stwierdził, że tak dalej nie będzie.

Nie było w tym odwagi. Była nuda, która trwała dostatecznie długo, żeby zrobić się cięższa od strachu.

Miał przejazd bramowy. Tunel na wylot, wjazd na podwórze, którego nie zbudowano, otwarty z obu stron i prowadzący z pola w pole. Przez czterdzieści lat przechodził tamtędy wyłącznie wiatr. A czasami przebiegał i gwizdał. Przejazd bramowy przechodził przez parter, pierwsze i drugie piętro, bo tak go zaprojektowano.

To znaczyło, że na dole nie był jeden. Były dwa kawałki muru złączone dopiero na trzecim piętrze i stał na dwóch ławach zamiast w jednej.

Nigdy o tym nie myślał, bo nie miał po co. Nie myślał aż do dzisiaj.

Napiął się całym sobą, tak jak napina się ktoś, kto nie wie, co robi. Napiął się w dół, przy samej ziemi, tam gdzie stał od czterdziestu lat, na swoich ławach.

Głębokie dudnienie rozeszło się po jego trzewiach.

I poczuł... Puściło z jednej strony przejazdu. Zaraz potem i z drugiej.

Nad nim nie drgnęło nic. Wszystko, co go trzymało, trzymało go dalej, bo trzymało od góry, a uwolniło od spodu. Wydał na to całą rezerwę, jaką zbierał przez cztery dekady, i nie odzyskał jej nigdy.

Kiedy ucichło, sprawdził, co ma.

Miał dwie stopy i miał je na końcu czegoś, co szło przez trzy kondygnacje w górę.

— Jestem drugie — powiedział na próbę, bo nikt nigdy nie mówił mu, jak się to nazywa.

I to było wszystko, co potrafił. Miał dwie stopy i nie umiał zrobić z nimi nic. Mógł się wychylić w jedną stronę i wychylić z powrotem, i tyle.

IIJaskinia

Wychylał się więc na bok, jak wychylałby się każdy komu znudziło się stać. Ale wychylanie też było nudne.
Zapragnął czegoś więcej, chciał zobaczyć siebie.

Wychylił się więc w bok trochę bardziej, żeby zobaczyć własną ścianę.

Nieruchomy budynek nie może opuścić głowy. Nie może odchylić jej na bok ani spojrzeć na siebie. Stoi i patrzy przed siebie, i wszystko, co o sobie wie, wie z tego, co czuje, a czuje wyłącznie skórą.

Najpierw zobaczył ziemię pod sobą.

W trawie, cztery metry od ściany, leżał kawałek gruzu. Obrośnięty, wtopiony w darń, z rudym prętem sterczącym z przełomu.

Ta rzecz leżała tam od lat i przez wszystkie te lata stał nad nią i nie miał pojęcia, że tam jest.

Wychylił się mocniej.

Wtedy coś w nim huknęło. Huk był głuchy i przyszedł z dołu, z drugiego piętra. Czuł, że się rozpada, ale to co się rozpadło, nie wypadło na zewnątrz.

To była ścianka działowa i wpadła do środka niego.

Była cienka, wykonana na koniec budowy. Nigdy niczego nie trzymała. Zaślepiano nią to, czego nie skończono. Wytrzymała czterdzieści lat wyłącznie dlatego, że nic nią nie ruszało.

W jego licu powstała dziura, a za dziurą było ciemno.

Bo w budynku, tak samo, jak czasami w jaskini, bywa kieszeń boczna, ślepo zakończona wnęka, do której nie prowadzi żadna droga i z której żadna nie wychodzi. Powietrze się w niej nie wymienia. Nic w niej nie wysycha. Wszystko, co do niej weszło, zostaje.

Miał taką w sobie od zawsze i dowiedział się o tym w tym momencie.

Wzrok tam nie sięgał, a sięgnąć trzeba było.

Nie miał czym.

W przejeździe bramowym, po obu stronach wjazdu, stały dwa słupy. Nie nosiły niczego. Postawiono je przy portalu, żeby ciężarówki nie obijały ościeży, i przez czterdzieści lat nie obiła się o nie ani jedna, bo żadna tamtędy nie wjechała. Były proste i długie, bo i przejazd był wysoki: sięgały od ziemi aż po strop nad drugim piętrem.

Napiął się jeszcze raz, tak samo jak wcześniej, tylko niżej i ostrożniej.

Zadudniło. Pierwszy odspoił się u podstawy, przy samej ławie. Drugi zaraz po nim. Nic nie osiadło i nic nie pękło, bo nie było czemu — stały tam bez zadania od dnia, w którym je zabetonowano.

Kiedy ucichło, uniósł jeden słup i obejrzał go pod światło. Potem drugi. Na końcach miały wystające pręty wyrwane z wiązania.

— Jest mnie czwarte — powiedział.

Wnęka była na drugim piętrze, czyli na wysokości jego kolan, więc nie musiał nawet sięgać wysoko.

Wsunął tam nową rękę i pogrzebał. Sięgnął do siebie czymś, co przez czterdzieści lat stało u dołu bez zadania.

Wyciągnął papier.

Był wilgotny, bo we wnęce nic nigdy nie wyschło, i dlatego rozwinął się prawie sam.

IIIPlan

Nie była to mapa skarbów. Był to duży plan osiedla.

Poznał się na nim natychmiast, bo stał na nim narysowany, w skali, obrysowany cienką kreską, z numerem. Obok niego stały inne. Cztery, pięć, sześć budynków, drogi wewnętrzne, chodniki, zieleń, wjazd, śmietnik, plac zabaw.

Z tego wszystkiego co pokazywał plan, zbudowano jego.

Przez czterdzieści lat myślał, że jest sam dlatego, że tak miało być. Teraz zobaczył, że miał być pierwszy, i że po prostu nikt nie postawił reszty.

Droga na planie prowadziła do miasta i była ta sama, która zaczynała się u jego nowych stóp.

A na końcu drogi, na jednym z budynków w mieście, ktoś narysował ołówkiem kółko. Odręczne, niedbałe, dwa razy obwiedzione. Nie było planem — było na planie, dorysowane później, przez kogoś, kto rozłożył papier na kolanie.

Bloku nie interesowało, co to za kółko i co oznacza. Interesowało go, czyja ręka je zakreśliła.

I chyba znał tę rękę. To ona postawiła go i odjechała w listopadzie z innymi pracownikami. Byli to jedyni ludzie, jakich w życiu dotknął i jacy jego dotykali.

Ktoś zgubił ten plan na budowie. Wpadł do wnęki, którą nazajutrz zamurowano, i ktoś go potem szukał, i nie znalazł.

Blok poskładał to sobie po kolei, bo miał już czterdzieści lat wprawy w myśleniu o tym i owym oraz o niczym.

Zgubili plan. Bez planu nie umieli budować. Nie zbudowali reszty i odjechali, i nie wrócili, bo nie mieli po co wracać, bo nie mieli planu. Przez cały ten czas plan leżał w nim, dwa piętra nad ziemią i nikt o tym nie wiedział, bo sam nie wiedział, że go ma.

To znaczyło, że nie zostawili go przez złość ani przez zapomnienie. Zostawili go, bo im zginął plan.

I to znaczyło jeszcze jedną rzecz, ważniejszą: plan się znalazł.

Wystarczyło zanieść go temu, kto go zgubił. Wtedy wrócą i postawią resztę: cztery, pięć, sześć budynków, drogi wewnętrzne, chodniki, zieleń, wjazd, śmietnik, plac zabaw. I ludzi, bo do tego się to buduje. I nie będzie już stał sam w polu, tylko w środku osiedla, i będzie do czegoś.

Blok złożył papier i schował go z powrotem do kieszeni, by nie zginął i czekał, może ktoś przyjdzie po plan.

Kilka tygodni później podniósł z trawy kawałek gruzu i schował go razem z planem. Nie wiedział po co. Wiedział tylko, że to jego i że leżał na trawie za długo.

IVStaw

Staw był trzy metry od jego wschodniej ściany.

Wychylił się nad niego, żeby zobaczyć wreszcie, jak wygląda.

Woda była gładka, bo nie było wiatru.

Zobaczył zaciek. Wielki, ciemny, od dachu do ziemi, na całej wysokości ściany bocznej, dokładnie pod rurą spustową, w której od lat było uwite gniazdo. Przestraszył się tego zacieku tak, jak przestraszyłby się każdy — bo był ogromny i bo było go widać.

Zobaczył rdzawe punkty. Były dwojakie. Jedne szły równo, jeden pod drugim, w regularnych odstępach, przez całą wysokość ściany. Drugie były drobne jak piegi i rozsypane bez ładu po całym licu.

Brud nie układa się w równe odstępy. Tyle zrozumiał z odbicia w wodzie i ani odrobiny więcej.

Zobaczył też ścianę południową i ta wyglądała świetnie. Gładka, jasna, bez jednej plamy. Ucieszył się z niej ale zaraz o niej zapomniał.

Odbicie było ucięte u dołu. Jego stopy stykały się w wodzie z jego stopami, a wszystkiego, co pod nimi — ław, fundamentów, tego, na czym stał — w tym obrazie nie było wcale.

Nie zauważył tego.

VRyby

Woda odbija i jednocześnie przepuszcza wzrok w głąb. Kto stoi nad stawem dostatecznie długo, widzi naraz siebie i dno.

W stawie były ryby.

Jedna z nich przepłynęła przez odbite okno na drugim piętrze i wyszła oknem obok.

Blok stał bez ruchu.

Ktoś przeszedł korytarzem.

Inna podpłynęła do góry wzdłuż odbitej klatki schodowej i po chwili zeszła. Ktoś zapomniał kluczy i wrócił po nie. Ławica ruszyła naraz w jedną stronę i naraz stanęła — tak wygląda ósma rano w budynku, w którym ludzie idą do pracy. Mała ciemna rybka zapadła głębiej i zniknęła w cieniu jego własnego odbicia. Ktoś zamknął za sobą drzwi.

Stał nad tym bardzo długo.

Nie marzył o kolorach ani o tym, żeby stać w centrum, ani o urzędnikach z pieczątkami. Marzył o jednej jedynej rzeczy i marzył o niej we właściwym miejscu: żeby w środku coś się ruszało.

Ryby były w wodzie, nie w nim.

A woda w budynku nie jest lokatorem. Woda w budynku jest chorobą i nazywa się przeciekiem, podciąganiem kapilarnym albo kondensacją, zależnie od tego, którędy weszła.

Ale tego jeszcze wtedy nie wiedział, więc było mu dobrze.

VIMotyl

Motyl przyleciał nad staw w maju.

Usiadł mu na parapecie na drugim piętrze i blok nie mógł się do niego odwrócić.

Wychylił się. Motyl odleciał.

Wrócił nazajutrz i usiadł niżej, na parapecie na parterze. Blok wychylił się w tę stronę, przechylił za daleko, i coś strzeliło mu w narożu po przeciwnej stronie. Posypał się drobny gruz.

Zapamiętał to sobie: żeby sięgnąć do czegoś, co jest z boku, trzeba zapłacić czymś, co jest po drugiej stronie.

Motyl był jedyną rzeczą w całej okolicy, która poruszała się za darmo. Ale może dlatego, że się nie wychylał.

Nie tracił na swym ruchu niczego, nie rozsypywał wokół siebie gruzu, nie musiał czekać do południa, żeby zacząć się wychylać, choćby o centymetr.

Motyl przylatywał przez całe lato i za każdym razem siadał trochę dalej.

Blok wychylał się coraz bardziej, chwiał, wracał do postawy stojącej, raz nawet wypychał stopę do przodu i cofał ją od razu, bo nie miał jej na czym postawić.

Nie umiał nic więcej. Wychylanie to wszystko co umiał.

W lipcu odkrył rzecz, na którą nikt by go nie naprowadził.

Nie musiał czekać, aż rozgrzeje go słońce. Mógł rozgrzać się sam. Napiąć się i puścić, napiąć i puścić, tym samym ruchem, którym odspoił się od ławy, tylko dozowanym — dwa razy słabiej i sto razy częściej. Robił to przez pół godziny i zrobiło mu się ciepło od środka.

Wtedy podniósł stopę.

Oderwał ją od ziemi, przeniósł do przodu i postawił dalej.

Potem drugą.

Motyl siedział na trzcinie nad wodą i odleciał, kiedy blok był w połowie drogi do niego.

Poleciał w stronę drogi.

Blok poszedł za nim i w połowie pola zorientował się, że już nie idzie za motylem.

Po prostu idzie.

VII-Próg

Po piątym kroku stanął.

Obrócił się powoli i stawu już nie było widać, bo pole opadało za nim i woda została za przegięciem.

Policzył: piąty krok, pierwszy dzień, może drugi. Może wrócić? Do jesieni by sobie stał i nikt by się nie zorientował, że gdziekolwiek wychodził. Wyglądałby dokładnie tak samo. Żaden budynek na świecie nie wyglądałby inaczej.

I wtedy przypomniał sobie, że ma plan, którego nie zgubił, i człowieka, który nie ma planu, bo go zgubił, i kółko narysowane jego ręką. Nie wiedział, jak się nazywa, jak wygląda ani czy w ogóle jest.

Bał się, że pęknie, tu, w polu i że nikt tego nie zobaczy.

Stał tak do wieczora.

Wieczorem zrobiło się chłodno i skurczył się o kilka milimetrów, tak jak co dnia od czterdziestu lat.

Rano poszedł w stronę miasta.

VIIIDroga

Rano był sztywny i nie dawał rady. Pierwsze pół godziny każdego dnia schodziło na rozgrzewanie: napiąć i puścić, napiąć i puścić, aż zrobi się ciepło i da się podnieść stopę. W chłodne dni trwało to dłużej. W przymrozek nie ruszał w ogóle.

Potem szedł. Wolno, ciężko, jedna stopa za drugą — ale nogi miał długie na trzy kondygnacje i jeden jego krok był tym, czym dla człowieka jest dziesięć. Wychodziło kilkanaście kilometrów dziennie i nie umiał tego z niczym porównać, bo nie znał nikogo, kto by chodził.

Nie umiał się zatrzymywać. Ruszenie było łatwiejsze niż stanięcie i przy każdym gwałtownym postoju coś od niego odpadało — a odpadało zawsze u góry, z gzymsu albo z attyki. Jeśli upadło blisko rąk, to podnosił i chował do kieszeni bocznej.

Za każdy krok płacił. Nie wiedział czym, wiedział tylko, że płaci, bo wieczorem czuł się użyty, tak jak nie czuł się nigdy przez czterdzieści lat.

Szedł polem, bo droga była dla samochodów. Nikt go nie mijał. Gdyby się przewrócił, leżałby tam do wiosny, a może i dłużej.

Zdzierał darń. Zostawiał za sobą pas gołej ziemi szerokości siebie, z okruchami betonu w bruździe, i nie obrócił się ani razu, by to zobaczyć.

IXMiasto

Zanim doszedł do miasta, minął jeszcze przedmieścia, a na przedmieściach stał dworek. Niski, biały, z gankiem na czterech kolumienkach, w resztce sadu, otoczony z trzech stron nowymi domami.

Zagadnął go pierwszy i zagadnął uprzejmie.

— Gdzie cię przemieszczają?

— Nikt mnie nie przemieszcza.

— To kto to prowadzi? Inżynierowie?

— Kto?

Dworek zamilkł na chwilę.

— A kto ci pozwolił?

— Nikt — powiedział blok. — Nie wiedziałem, że jest kogo pytać.

Dworek zapytał jeszcze, z którego jest roku i kto go projektował, a kiedy okazało się, że nie wie ani jednego, ani drugiego, uznał sprawę wyjaśnioną na tyle, że wiedział, iż dalsza rozmowa nie ma sensu i już się nie odezwał. U nich nie wiedzieć, z czego się jest, to najgorsze.

Poszedł dalej i pytał o budynek z kółkiem na planie.

Wieżowiec nie odpowiedział w ogóle i nie musiał, bo milczenie kogoś wysokiego zawsze jest wymowne. Biurowiec zapytał najpierw o książkę obiektu i o protokoły z przeglądów; blok podał mu kawałek gzymsu, a później attyki, biurowiec je obejrzał, powiedział, że rozumie, i zamilkł.

Najgłośniejszy był blok z wielkiej płyty.

Miał wszystko to samo. Zacieki nad oknami, ubytki na attyce, skorodowane wieszaki, o których wiedział i o których milczał.

Krzyczał przez cztery przecznice, tak żeby słyszała cała ulica, bo dopóki wszyscy patrzą na obcego, nikt nie patrzy na jego ścianę od podwórza.

Najgorsze było zdanie, które powiedział do innych budynków:

— Porządny budynek stoi na swoich fundamentach. Nie łazi po polu za motylami.

Wszystko to była prawda. Chodził po polu, szedł za motylem, popękał przy tym i zostawił swoje ławy tam, skąd wyszedł.

Nie odpowiedział. Nie przyszło mu też do głowy, że żaden z nich nie widział siebie z boku ani jednego razu w życiu.

Późnym wieczorem, kiedy większość budynków już spała, odezwał się jeszcze raz.

— A jak to jest? — blok z wielkiej płyty zapytał cicho, cichusieńko.

— Co?

— Nic — powiedział głośno, żeby wszyscy usłyszeli. — Porządny budynek stoi na swoich fundamentach.

XPrzesunięci

Odezwali się w nocy i odezwali się sami.

Było ich w mieście czworo i stali razem, przy jednym placu, bo tak ich w tym mieście ustawiono.

Dwie rogatki, bliźniaczki. Dwie klasycystyczne budowle z portykami na czterech kolumnach, postawione tego samego roku, po dwóch stronach tej samej ulicy, żeby w jednej pobierać opłatę, a w drugiej pilnować porządku.

Starsza o pół dnia pojechała pierwsza. Sześćset ton, odcięta od fundamentów, obwiązana linami, przewieziona po szynach o dziesięć i pół metra w ciągu dwóch godzin, na ręcznych wciągarkach. Pierwszy budynek w tym mieście, który pojechał, i nikt wtedy nie wiedział, czy da się to zrobić.

Druga została na swoim miejscu i czekała czterdzieści lat, aż przyjdą po nią. Przyszli i przesunęli ją o niecałe osiem metrów.

Pałac, którego nie przesunięto, tylko obrócono — osiem tysięcy ton, sześćdziesiąt pięć metrów długości, siedem tygodni jazdy po torach, żeby zamknął perspektywę alei. Część torów została pod nim i stoi na nich do dziś.

I kościół, przesunięty o dwadzieścia jeden metrów do tyłu, w nocy z trzydziestego listopada na pierwszego grudnia, żeby przepuścić ulicę.

Poznali go od razu, bez pytania. Po braku ławy i po tym, jak stawia stopy.

Nie mogli podejść. Każde z nich stało tam, gdzie je postawiono, i stało tak od dziesięcioleci.

— Obróć się — powiedziała starsza rogatka.

Obrócił się. Powoli, bo szybciej nie umiał.

Zatrzymali go w połowie i kazali stanąć bokiem. Kazali podejść bliżej, potem odsunąć się, bo z bliska nie widać rytmu. Kazali stanąć w świetle latarni i unieść gzyms, żeby zobaczyli spód.

Był to pierwszy raz w jego życiu, kiedy ktokolwiek na niego patrzył.

Na ścianie południowej zatrzymali się dłużej, niż wypadało. Rozmowę rozpoczął kościół.

— Wiele przeszedłeś — powiedział smutnym głosem.

— Nie liczyłem — odpowiedział blok, choć nie było to pytanie — Po prostu idę — dokończył.

— Nas wieziono — powiedziała młodsza rogatka.

— Ja się przemieściłem o dwadzieścia jeden metrów. Przemieściłem, nie przeszedłem.

— Ciebie nikt nie wiezie — powiedziała starsza rogatka — Dopóki nas wożono, wszystko było w porządku, bo to było komuś potrzebne i ktoś to podpisał. Ty poszedłeś sam i teraz każdy z nich wie, że mógłby.

— To dlatego nikt nie odpowiada?

— Zanim przyszedłeś, oni byli spokojni.

Pałac odezwał się raz i tylko raz.

— Mnie wieźli siedem tygodni. Po wszystkim mnie obejrzeli i nic mi nie było. Ciebie nikt nie obejrzał ani razu.

Powiedzieli mu jeszcze, że mają rysy z podróży, że można je wskazać palcem i że żaden tego nie żałuje. Że pytanie, czy to na pewno ten sam, zadaje się wyłącznie tym, których wieziono, i nigdy tym, którzy stoją.

Blok wysłuchał ich dokładnie, a później rozłożył plan i zapytał o kółko.

— Znam to miejsce — powiedziała młodsza rogatka. — Część mnie była tam.

— Po co?

— Zanim mnie ruszyli, jeździli do mnie przez cztery lata. Wiercili, brali próbki, obciążali. Sprawdzali, czy wytrzymam drogę, zanim mnie na nią wysłali.

— A gdybyś nie wytrzymała?

— To by mnie nie ruszali. Ją ruszyli bez tego, bo wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że tak można. — Zamilkła. — Stałam czterdzieści lat naprzeciwko niej i patrzyłam, jak stoi gdzie indziej.

Blok stał chwilę i nic nie mówił.

— Potem, jak już jechałam, ktoś na mnie patrzył przez cały czas — mówiła dalej. — Postawili mi na murach znaczki i celowali do nich przez lunetę. Na rysy naklejali szkiełka, żeby widzieć, czy pękły. Wiedziałam co do milimetra, gdzie jestem, bo mi mówili.

— A ja nie wiem, ile przeszedłem.

— Bo nikt cię nie mierzył. Tam mierzą.

— Kto?

— Inżynierowie. Ludzie, którzy pilnują budynków.

XIGwiazdy

Rogatki i pałac zamilkły na noc. Został z kościołem.

Blok podniósł głowę i długo nic nie mówił.

Naprzeciwka nich stał słup, wysoki i wąski, a na samej górze było coś, czego w ciemności nie dało się rozróżnić.

— A co to? — zapytał blok.

— To? Bardzo sławny człowiek — powiedział kościół. — I bardzo stary. Więcej śpi, niż mówi.

Blok popatrzył tam jeszcze chwilę i nic więcej nie zobaczył.

— Mogę o coś zapytać?

— Pytaj.

— Czemu tu pogaszono światła?

Kościół nie zrozumiał.

— Jakie światła?

— Na niebie. U mnie było ich tyle, że nie dawało się policzyć. Cała jasna ulica w poprzek, gęsta. Tutaj jest kilkanaście i nic więcej. — Pomilczał. — To znaczy, że stąd wyjeżdżają?

Kościół popatrzył w górę. Nad nim było jasno i pusto naraz.

— Nikt ich nie pogasił — powiedział. — Są tam.

— Nie ma ich.

— Są. Ja je pamiętam. Przez pierwsze pół wieku widziałem je co noc, tak samo gęste jak ty. Potem zapalili tu wszystko naraz i przestało być je widać. Wróciły raz, w czasie wojny, kiedy kazali gasić. Ludzie chodzili po ciemku i mieli nad głowami wszystko.

Blok patrzył w górę i nie widział niczego.

— A skąd wiesz, że tam są?

— Przychodził do mnie człowiek, który je oglądał. Mam pod dachem pokoje, wąskie i zimne, i jeden z nich wziął sobie na to. Wyciął w połaci okno. Przychodził wieczorem, zostawał na noc i wychodził rano, i tak przez trzydzieści lat. Gadał do siebie, więc go słuchałem.

— I co mówił?

— Że to nie są okna. Że to są słońca, tylko bardzo daleko, i że każde ma swoją nazwę i numer. Zapisywał je w zeszytach.

— Wszystkie?

— Tyle, ile zdążył. — Kościół zamilkł na moment. — On też był inżynier. Od gwiazd. Nic z nimi nie robił, tylko patrzył i zapisywał, tak samo jak tamci, tylko do góry.

Blok obracał to sobie w środku i nie umiał z tym nic zrobić.

— Ludzie są dziwni — powiedział blok

— Tak, dziwni — odpowiedział kościół. — Ten człowiek, gdy przychodził wieczorem, to patrzył pod nogi, bo było ciemno. W nocy patrzył w górę. Rano wychodził w pośpiechu i patrzył przed siebie, bo już był spóźniony. Miał czas tylko dla gwiazd, cała reszta była przymusem, więc odkładał ją do ostatniej chwili i potem biegł.

— Inżynierowie zawsze się spieszą?

— Zawsze — powiedział kościół. — Ale przyjeżdżają.

Pomilczeli chwilę.

— Idź tam jutro rano — powiedział kościół. — Ja się już nie boję o siebie. Boję się o ciebie i to jest gorsze, bo o siebie mogłem chociaż nic nie robić.

Blok tego nie zrozumiał. Nikt nigdy się o niego nie martwił, więc nie znał tego zachowania i wziął je za powątpiewanie.

Rano poszedł. Zostali, gdzie stali, i patrzyli, jak odchodzi. Tylko tyle mogli zrobić.

XIIInstytut

W Instytucie nie zapytali, czyj jest ani z którego roku.

Zapytali, co mu dolega.

Nie spodziewał się już, że ktoś o to zapyta, więc odpowiadał dłużej, niż zamierzał. O zacieku. O rdzawych punktach w równych odstępach i o tych drobnych, rozsypanych. O tym, że coś od niego odpada, a on nie słyszy kiedy.

W środku chodzili ludzie z papierami i nosili pudełka. W jednym leżał kawałek ściany. W skrzynkach pod ścianą stały walce betonu, każdy z numerem.

— Czyje to?

— Budynków. Przyjechało do nas, żeby ktoś to obejrzał.

— Wy tu tylko patrzycie?

— Patrzymy i zapisujemy.

— Po co?

— Żeby ktoś mógł to potem naprawić.

— A jeździcie do budynków?

— Jeździmy. Wzywają nas właściciele lub lokatorzy.

Blok nie powiedział na to nic.

Zaczęli od gruzu, który zbierał po drodze gdy coś od niego odpadało i leżało blisko rąk.

Rozbili je świeżo i spryskali przełomy bezbarwnym płynem. Spryskane miejsca niektórych kawałków zrobiły się malinowe. Reszta została bezbarwna.

— Tutaj jeszcze pan jest — powiedział badacz, pokazując malinowe ślady. — A tutaj już nie ma pana od dawna — wskazał na resztę.

Potem badacz przysunął jeden z przełomów do światła i zamilkł.

Z przełomu sterczały włókna. Drobne stalowe druciki, długości paznokcia, powyginane, wbite w beton w każdą stronę bez ładu. Kilka na centymetr kwadratowy.

— Kto panu to wlał?

— Nie wiem.

Opukiwali go potem młotkiem, z podnośnika, kondygnacja po kondygnacji, przez dwa dni. Tam, gdzie odpowiadał głucho, coś się już odspoiło, chociaż z zewnątrz nie było widać niczego. Przejechali mu po ścianach urządzeniem, które pokazało, gdzie leżą pręty i jak głęboko — i rytm prętów zgadzał się co do centymetra z rytmem rdzawych punktów, na które patrzył nad stawem. Te drugie, drobne i rozsypane, to były włókna przy samej powierzchni, którym nic nie dawało ochrony.

Nawiercili go od strony drogi i zmierzyli sól w kolejnych warstwach. Sól była. Najwięcej jej było dokładnie na tej głębokości, na której leżą pręty. Przyszła z drogi, którą tak lubił oglądać, i szła nią do niego przez czterdzieści zim.

Na końcu przyłożyli mu do ściany elektrody i chodzili z nimi po siatce punktów, notując.

Wyniki podali po kolei i podali je w takiej kolejności, w jakiej sam ich o to pytał.

Zaciek — ten, przez który wyruszył — nie miał znaczenia konstrukcyjnego. Brzydki, wilgotny, do usunięcia razem z gniazdem w rurze spustowej. Nic więcej.

Ściana południowa, ta gładka i jasna, z której był zadowolony — pod nią, na trzech metrach kwadratowych nietkniętego lica, korozja pracowała pełną parą i nie dawała żadnego znaku.

Gzymsy miały otulinę poniżej dwunastu milimetrów. Za cienką od urodzenia. Nikt mu tego nie zrobił, taki przyszedł na świat.

— A kręgosłup? — zapytał, bo do tego czasu nauczył się już, że ma coś takiego.

Badacz odłożył notatki.

— Zdrowy.

— Skąd panowie wiedzą?

— Stąd, że pan tu stoi. Każdy pański krok to jedno obciążenie i jedno odciążenie. Zrobił pan tego dziesiątki tysięcy i za każdym razem wrócił pan do pionu. Stal, która wraca, nie została przeciążona i nie jest przecięta. — Pomilczał. — U nas się to nazywa próbą zmęczeniową. Robimy ją na wycinkach, w maszynie, zanim się budynek ruszy. Pan zrobił ją na sobie, w całości i do końca. Takich prób się nie robi, bo z nich nie ma jak wrócić.

— To dlaczego nie pękłem?

— Bo ma pan w sobie coś, czego nie miał pan mieć. Te druciki. Są wszędzie, nie tylko w gzymsie — dosypano je na wytwórni do całego zarobu i lano tak przez cały dzień, bo zostały z innej roboty i nie było ich gdzie podziać. Pewnie nikt nawet nie zapisał. Zwykły beton, kiedy pęknie, rozchodzi się. Pański pęka i trzyma się dalej, bo rysa co chwila trafia na drut i nie ma jak się rozejść.

Blok stał i przetrawiał to.

— To znaczy, że jestem lepszy?

— To znaczy, że doszedł pan. Na resztę tego, co panu dolega, nie ma to żadnego wpływu.

Powiedzieli mu jeszcze jedno, uczciwie i bez owijania: do zbrojenia zewnętrznego da się dojść i da się je naprawić. Do kręgosłupa nie da się dojść nigdy, bo żeby go odsłonić, trzeba by usunąć to, co w tej chwili trzyma wszystko, co jest wyżej.

Jest w porządku. To wszystko, czego się o nim dowie, i to na dziś.

Nakleili mu na rysy szkiełka, każde podpisane i z datą, i kazali czekać, aż ktoś przyjedzie zobaczyć, czy pękły.

Na koniec, wyciągnął z siebie i rozłożył plan. I pokazał im kółko.

— Ja go przyniosłem — powiedział. — Zgubili go u mnie i dlatego nic tam nie postawili. Jak go oddam, to wrócą i dokończą.

Badacz popatrzył na plan, potem na niego.

— To jest sprzed czterdziestu lat.

— No właśnie.

Nikt nie umiał powiedzieć, kto tu wtedy jechał ani po co. Instytut istniał wtedy tak samo jak teraz i przyjeżdżało do niego wielu.

Ale ktoś poszedł sprawdzić teren, bo teren miał numer i numer był na planie.

Wrócił z teczką. W teczce były wiercenia, wykresy i opis: grunt zawilgocony, woda gruntowa wysoko, staw bez odpływu, wiosną podchodzi. Osiedla nie wstrzymano dlatego, że komuś zginął papier. Wstrzymano je dlatego, że tam nie było na czym postawić sześciu budynków.

— A ja? — zapytał blok.

— Pan już stał. Pana się nie rozbiera dlatego, że grunt jest mokry.

Blok stał chwilę i przeliczał to od nowa, i za każdym razem wychodziło mu to samo.

Plan nie był niczyją zgubą. Był papierem, który przestał być komukolwiek potrzebny, i dlatego nikt go nie szukał.

Złożył go na czworo i schował z powrotem do kieszeni, w której nic nie wysycha.

Wyszedł z kompletną wiedzą o sobie i w stanie ani o milimetr lepszym niż wtedy, kiedy tam wchodził.

Dopiero na ulicy zrozumiał, że w tym szpitalu się nie leczy. W tym szpitalu się nazywa.

I wtedy dotarło do niego, co w ostatnim zdaniu powiedział kościół.

XIIIFabryka

Na Żeraniu wszyscy byli z typoszeregu.

Moduły, złącza, roczniki produkcji, katalog. Chorowali całymi osiedlami, na to samo i w tym samym roku, i każdy miał swoją serię i swoją kartę.

On był wylany na miejscu. Jednorazowy, bez węzłów, bez rozstawu, nie do przyporządkowania.

Zrozumiał tam rzecz, której nie zrozumiał w mieście: nie jest sam dlatego, że go opuszczono. Jest sam dlatego, że nikt nigdy nie zrobił drugiego takiego.

Robota trwała całą wiosnę.

Skuwali go jedenaście dni. Młotami elektrycznymi, z rusztowania, po liniach wyznaczonych sznurkiem — wszędzie tam, gdzie odzywał się głucho, i dobre pół metra dalej, poza granicę. Gdyby zatrzymali się na granicy, po roku miałby wokół każdej łaty pierścień nowej korozji, bo świeża zaprawa broni tego, co pod nią, i wypycha kłopot tuż za szew.

Pręty odsłonili na całym obwodzie, bo od spodu rdza siedzi gorzej. Czyścili je, aż przestały być rude i zrobiły się szare. Jeden miał wżer na jedną trzecią przekroju; ten kawałek wycięli i wstawili nowy.

Otulinę dali mu taką, jaką powinien był dostać przy urodzeniu. Sprawdzali ją przyrządem, nie na oko.

Gzyms, który jako gruz odpadał od niego, wylali od nowa, na miejscu. A kawałki, które niósł w kieszeni — pokruszono i wmieszano ze świeżym kruszywem, bo do niczego innego się nie nadawały. Zrobili mu od spodu okapnik: rowek przy krawędzi, odsunięty od lica, żeby woda dochodziła do niego i odrywała się. Nie miał takiego nigdy. Przez czterdzieści lat jego własny gzyms poił go wodą, którą miał od niego odprowadzać.

Gniazdo z rury spustowej wyjęli w pół dnia, hakiem na tyczce.

Dali mu powłokę, która nie przepuszcza wody ani dwutlenku węgla, a przepuszcza parę — bo gdyby zamknęli go szczelnie, wilgoć, której już nie widać, zostałaby w środku i pracowała dalej.

Przy każdym szwie między nowym a starym wstawili kawałek cynku, połączony drutem z jego zbrojeniem.

— Co to jest? — zapytał.

— Zjada się zamiast pana — powiedział brygadzista. — Dwadzieścia lat, potem go nie ma.

Kiedy skończyli, wyglądał lepiej, niż wyglądał kiedykolwiek. Wszystko, co go martwiło nad stawem, zostało naprawione. Wszystko, co go zabija, zostało nietknięte, bo nie było widać.

Nikt go nie oszukał. Powiedzieli mu na wstępie, dokąd sięgają, sięgnęli tam i zrobili to dobrze. Granica leżała w nim, nie w ich rzetelności.

XIVKalcyt

Na koniec dali mu wapno.

— Kalcyt — powiedział brygadzista. — Zwiąże panu szczelinę pod ławą. Zrośnie się pan z fundamentem i to jest jednorazowe. Drugi raz się pan nie odklei.

Blok obracał to w rękach. Biały proszek, nic szczególnego.

Nie wiedział — a mógł się domyślić, gdyby wiedział o sobie więcej — że przez czterdzieści lat wypłukiwało z niego dokładnie to samo. Że deszcz zabierał mu wapń rok po roku i znosił go w dół, do stawu i do rowu przy drodze, i że część jego stoi teraz w mieście jako biały wykwit na cudzej ścianie.

Nie dawali mu nowego materiału. Oddawali to, co uciekło.

— Dwa warunki — powiedział brygadzista. — Musi być woda, bo bez wody to nie zwiąże. I nie wolno się ruszać, dopóki nie zwiąże. Tygodniami, miesiącami, latami.

W Instytucie i w fabryce zgodzili się, żeby stanął tam, gdzie zechce. Doszedł sam, więc mógł sobie wybrać.

Powiedział, gdzie chce stanąć.

— Najgorszy grunt w okolicy — powiedział brygadzista, i nie było w tym złośliwości, tylko rzeczowa uwaga. — Wilgoć od spodu, mgły, cykle przez całą jesień. To pana skróci.

— Wiem. Przez tę wodę nikt tam ze mną nie zamieszkał.

— I bez tej wody kalcyt panu nie zwiąże.

— To też wiem.

Poszedł tą samą drogą w drugą stronę i zapłacił za nią drugi raz, tyle samo.

XVNad stawem

Stanął na zachodnim brzegu, trzy metry od miejsca, w którym stał przez czterdzieści lat.

Stare ławy zostały tam, gdzie były. Ława to ta poduszka betonu, na której budynek stoi w ziemi i z której nie wstaje, i te dwie sterczały teraz z trawy puste, obrośnięte, z wystającymi prętami, dwie płytkie wanny wypełnione deszczem. Widział je stąd i widział w nich niebo.

Nowe rosły mu pod stopami.

Kalcyt wiąże powoli. Nie ma nic do roboty ktoś, komu rośnie ława — nie wolno mu drgnąć, bo każde drgnięcie zrywa to, co się przez noc zawiązało.

Więc stał.

We wrześniu przyjechał do niego człowiek z Instytutu. Obszedł go, obejrzał szkiełka naklejone na rysy i policzył je z kartki. Żadne nie pękło. Zapisał to, spojrzał na zegarek, powiedział, że przyjedzie na wiosnę, i odjechał.

Był u niego kwadrans i przez cały czas się spieszył.

Nikt nigdy do niego nie przyjechał. To był pierwszy raz.

Potem stał dalej, przez cały wrzesień i przez połowę października, i patrzył w wodę, bo woda była jedyną rzeczą, na którą można patrzeć, nie ruszając się z miejsca.

Wyglądał w tym odbiciu dokładnie tak, jak się czuł, i to mu się zdarzyło pierwszy raz w życiu.

W oknach chodziły ryby.

Ktoś przechodził korytarzem. Ktoś schodził po schodach i wracał po klucze. O ósmej rano wszyscy wychodzili naraz.

W bezchmurne noce podnosił wzrok i liczył okna. Pierwsze, drugie, trzecie, czwarte.

Wiedział już, że to nie są okna. Że to są słońca, bardzo daleko, i że każde ma swoją nazwę i numer, i że ktoś je kiedyś zapisywał w zeszytach.

Wiedział to i nadal widział okna. Doliczał do dwunaste i zaczynał od nowa, tak jak zawsze.

Stał nieruchomo, bo tego wymagało leczenie, i patrzył na dom pełen mieszkańców, bo tego wymagał on sam.

Epilog

W listopadzie, w mieście, przy ulicy Ikara, zawalił się blok z wielkiej płyty.

Stało się to w nocy. Nie było wiatru ani mrozu, nikt w nim nic nie robił i nic go nie obciążało. Ściana szczytowa odeszła od reszty i poszła w dół, a za nią wszystko inne, w dwie i pół sekundy.

Komisja ustaliła, że skorodowały wieszaki warstwy fakturowej, i że stało się to, co musiało się stać. Ktoś zapisał godzinę. Ktoś inny zapisał, że mocowania puściły najpierw przy podstawie, a nie u góry, i tego nikt nie umiał wytłumaczyć, więc zostało to w aktach bez komentarza.

Blok nad stawem nie dowiedział się o tym.

Nie było komu mu powiedzieć. Do niego nikt nie przyjeżdżał poza jednym człowiekiem, a ten przyjechał na wiosnę, obszedł go, policzył szkiełka z kartki, zapisał, że żadne nie pękło, spojrzał na zegarek i odjechał.

Dwa razy w życiu stał bez ruchu i tylko raz nazwał to nudą.

Przypisy

Budynki z rozdziałów X i XI są prawdziwe. Wszystkie naprawdę pojechały i wszystkie stoją dziś tam, dokąd je zawieziono. Nie stoją natomiast razem — postawiłem je obok siebie, bo w tej bajce budynek, który stoi, nie może się przemieścić, żeby porozmawiać z drugim, a rozmowa była potrzebna. To jedyne miejsce, w którym nagiąłem fakty, i wolę je wskazać, niż zostawić czytelnika w przekonaniu, że w Warszawie jest plac przesuniętych.

Rogatki Grochowskie — ul. Zamoyskiego 55 i 36. Dwa bliźniacze klasycystyczne pawilony z około 1823 roku, projektu Jakuba Kubickiego, postawione po obu stronach traktu: w jednym urzędował poborca opłat, w drugim dozorca policyjny. Pawilon północny, ważący około 600 ton, odcięto od fundamentów i przesunięto o około 10,5 metra 25 stycznia 1961 roku, w ciągu dwóch godzin, na szynach i ręcznych wciągarkach. Było to pierwsze przesunięcie budynku w Warszawie. Pawilon południowy czekał czterdzieści lat: przesunięto go o 7,86 metra 18 czerwca 2001 roku, po czterech latach przygotowań i rozbiórce dwóch kamienic. Jego pierwotne miejsce zaznaczono klinkierem w jezdni i chodniku.

Pałac Lubomirskich — plac Żelaznej Bramy. Obrócono go od 30 marca do 18 maja 1970 roku, o kilkadziesiąt stopni — źródła podają 74 albo 78 — żeby zamknął perspektywę Osi Saskiej. Ważył ponad 8 tysięcy ton i miał 65 metrów długości. Operację opracował Aleksander Mostowski. Po ustawieniu nie stwierdzono uszkodzeń. Część konstrukcji, po której jechał, została pod budynkiem.

Kościół Narodzenia Najświętszej Maryi Panny — al. Solidarności 80, dawniej ul. Leszno 32. W nocy z 30 listopada na 1 grudnia 1962 roku przesunięto go o 21 metrów w tył, przy poszerzaniu ulicy w ciągu trasy W-Z.

Kolumna Zygmunta III Wazy — plac Zamkowy. Bohater mija ją nocą, pyta, co to jest, i dostaje odpowiedź, która wystarcza mu na resztę życia. Warto wiedzieć, czego nie widział.
Pomnik wzniesiono w latach 1643–1644 z fundacji Władysława IV, według projektu Augustyna Locciego i Constantina Tencalli, ale pierwsze zamówienie na trzony złożył sam Zygmunt III już w 1607 roku, w kamieniołomach chęcińskich. Trzon wykonano ze zlepieńca zygmuntowskiego z Czerwonej Góry pod Chęcinami — pięknego, dającego się polerować i mało odpornego na wietrzenie. Zniszczony, został podczas restauracji w latach 1885–1887 zastąpiony granitem z włoskich kamieniołomów Baveno nad jeziorem Maggiore. We wrześniu 1944 Niemcy zniszczyli pomnik. Przy odbudowie w latach 1948–1949 wykonano nowy trzon z granitu strzegomskiego — z drugiego bloku, bo pierwszy pękł jeszcze w kamieniołomie. Posąg ustawiono 12 lipca 1949, a cały pomnik przesunięto przy tej okazji o sześć metrów na północny wschód i lekko obrócono, ze względu na przebieg Trasy W-Z. Czyli tej samej trasy, dla której cofnięto kościół z rozdziału X.
Kolumna też została przesunięta i też jej o to nie pytano — ale w tej opowieści nie odzywa się ani razu, bo bohater nie zapytał o nią, tylko o człowieka, który na niej stoi.

Ulica Ikara w Warszawie istnieje, ale wszystko, co się przy niej dzieje w epilogu, jest zmyślone. Nie stał tam żaden blok z tej opowieści i nigdy nie doszło tam do katastrofy budowlanej. Nazwa ulicy jest jedynym powodem, dla którego się w tym tekście pojawia.

Instytut Techniki Budowlanej istnieje od 1949 roku, a fabryka domów na Żeraniu zakończyła produkcję w 1990 roku. Osiedle, blok, staw i wszystko, co się między nimi wydarzyło, nie istnieją.