Poza przeznaczeniem
Opowiadanie o schodach lastrykowych w warszawskiej kamienicy
Prolog.
Były stare i zniszczone. Noski powybijane, ścieżki wydeptane na środku stopnic, przy słupkach ubytki, balustrada chodziła na jednym piętrze. Nikt tego nie widział, bo tak wyglądały od zawsze.
Potem w duszy stanęło rusztowanie. Wyrosło z posadzki parteru i sięgnęło poddasza, a razem z nim przyszedł człowiek. Był jeden. Przez trzy miesiące wchodził rano i wychodził wieczorem, i przez trzy miesiące nie przeszedł po schodach ani razu tak, jak się po schodach przechodzi.
Klęczał na nich. Siadał na stopniu i zostawał tam długo. Kuł, uzupełniał, czekał, aż stwardnieje, i wracał do tego samego miejsca po tygodniu. Był brud i był hałas, i był pył, który osiadał wszędzie.
A kiedy zaczął szlifować, zdjął buty.
Schody znały stopy. Znały je od stu lat — obcasy, podeszwy, gumę, skórę, piasek wnoszony z ulicy. Nie znały stopy bez buta. Ta była ciepła. Była miękka i przylegała całą powierzchnią zamiast uderzać krawędzią. Zostawiała wilgoć, która schodziła po chwili. Szła wolno, bo człowiek prowadził maszynę i musiał patrzeć, co robi.
Chodził tak po nich przez wiele dni. Czasem przystawał, przykucał i kładł dłoń na kamieniu, żeby sprawdzić, czy już gładki. Tego schody nie umiały nazwać w ogóle. To nie był krok i nie było to przejście. Ktoś ich dotykał, nie idąc.
Na końcu zaczęły świecić.
Rusztowanie rozebrano i wyniesiono. Człowiek włożył buty i wyszedł, a dusza znowu była pusta.
Schody zapamiętały z tych trzech miesięcy dwie rzeczy. Że po stali w duszy i po hałasie przychodzi blask. I że istnieje ciepłe, miękkie ciało, które kładzie się na kamieniu i nigdzie nie idzie.
Obie miały im później wystarczyć za całą wiedzę o świecie.
I.
Kamienica nie była wysoka, zaledwie dwa piętra mieszkalne i adaptowane poddasze, ach — i zapomniałbym — usługowy parter z kawiarnią i sklepem jubilerskim. Mieszkań było mało, z adaptowanym strychem tylko siedem, a samych mieszkańców jeszcze mniej. Starszy pan na drugim i starsza pani na pierwszym; inne lokale były do wynajęcia na weekend lub święto. Ogólnie mało nóg do chodzenia.
Schody były zadowolone z tego, jak wyglądają, bo przeszły w ostatnim czasie kompleksową naprawę. Uśmiechały się do pani sprzątaczki, gdy w każdy wtorek przychodziła z wiadrem i mopem je umyć.
Kiedy stawiano tamto rusztowanie, ktoś z góry zawołał, czy to będzie winda.
Schody nie znały tego słowa. Usłyszały tylko, że ktoś do nich mówi.
II.
Kiedy w duszy stanęła druga konstrukcja, nie przestraszyły się ani trochę.
Wszystko było jak wtedy. Ta sama posadzka parteru, ten sam prostokąt między biegami, ta sama stal idąca w górę. Ci sami ludzie w ciężkich butach, ten sam piasek w bieżnikach, te same narzędzia stawiane na stopniach. Ktoś oparł szlifierkę o kamień i schody rozpoznały drganie. Więc już się zaczęło.
Nogi liczyły przez dwa tygodnie i nigdy w całym swoim życiu nie naliczyły tylu. Chodzili robotnicy, chodził kierownik, chodził inspektor, chodzili ci od dostaw z profilami na ramionach. Każda rysa była dowodem, że ktoś tu jest.
Gdzieś w środku tego wszystkiego stolarz przeciął poręcz. Zajęło mu to dziesięć minut i nikt się nie odwrócił.
Poręcz była jedyną rzeczą w tej klatce, która szła bez przerwy od parteru na poddasze, giętym łukiem na każdym zakręcie. Jedyną, która wiedziała, że schody są jednymi schodami, a nie setką kawałków sztucznego kamienia ułożonymi jeden nad drugim. Po cięciu każdy bieg został sam ze swoim piętrem.
Potem ludzie zaczęli wychodzić. To też schody znały — tak samo kończyła się tamta pierwsza wizyta. Czekały na dzień, w którym rozbiorą konstrukcję i wyniosą ją na dół.
Minął tydzień. Minął miesiąc.
Po trzech miesiącach schody zaczęły się dziwić, bo tyle właśnie trwała renowacja i tyle, w ich rachunku, trwa wszystko, co ma się skończyć. Konstrukcja stała. Stała pół roku, potem rok.
Nikt jej nie zamierzał wynosić. Nie była etapem. Była lokatorem.
III.
Winda odezwała się pierwszego dnia i mówiła codziennie.
Mówiła w kabinie, kobiecym głosem, w języku, którego w tej kamienicy nie znał nikt oprócz niej. Doors closing. Czterdzieści razy dziennie w weekendy i święta, a w tygodniu nie odzywała się do nikogo przez długie godziny. Nikt jej nie słuchał i nikt jej nie odpowiadał, bo nie było na to przycisku.
Schody nie zrozumiały ani jednego słowa. Przez sto lat nie powiedziały nikomu nic i nikt tego nie zauważył; teraz ktoś mówił bez przerwy i też nikt nie zauważał. To była jedyna rzecz, którą miały wspólną, i żadna z nich nie miała jak się o tym dowiedzieć.
Zwróciłyby się do poręczy, ale poręcz przestała być zdaniem.
Nogi jeszcze przez jakiś czas były. Odbiory, poprawki, serwisant raz na kwartał — wchodził po schodach z walizką, bo windy, którą naprawiał, nie mógł użyć. Potem i tego nie było.
IV.
Zostali mieszkańcy i turyści.
Turyści wjeżdżali. Walizki na kółkach wtaczano prosto z bramy do kabiny i wytaczano na piętrze, a jeśli któraś nie mieściła się z właścicielem, jechała sama. Palili na klatce, bo po co schodzić na dół, skoro można na spoczniku — stali przy szybie, czekając, aż winda przyjedzie, i gasili o stopień. Popiół wchodził w pory, smoła zostawała, niedopałki leżały do wtorku. Nogi były. Ruchu nie było żadnego.
Starszy pan z drugiego piętra chodził pieszo, bo tak mu kazał lekarz. Miał zwyrodnienie stawów i miał chodzić, dopóki się da, więc chodził.
Chodził niezgrabnie. Wchodząc, wciągał się na poręczy całym ciężarem ciała, a poręcz nie była do tego liczona — na jednym stopniu tralka zaczęła pracować, zaprawa w gnieździe się rozeszła i od tamtej pory w tym miejscu chodziła. Stopy nie stawiał w głąb stopnia, tylko na natarciu noska, bo krok miał krótki. Dwa, czasami trzy razy dziennie, przez rok, w to samo miejsce, w którym rok wcześniej ktoś ręcznie uzupełniał ubytek.
Przed ostatnimi dwoma biegami siadał odpocząć. Zawsze na tym samym stopniu. Siedział chwilę, oddychał, a gdy już chciał wstać, gładził kamień dłonią i dopiero wtedy się podnosił.
Schody czekały na to przez cały dzień.
To nie było przejście. To było ciepłe i miękkie, i nie miało ciężaru, i nie szło nigdzie — a takie coś zdarzyło im się przedtem jeden jedyny raz, trzy miesiące pod rząd, dawno. Nie miały na to nazwy. Wiedziały tylko, że istnieje i że wróciło.
Stopień pod jego dłonią zrobił się z czasem ciemniejszy i gładszy niż reszta. Schody, dumne po renowacji z jednolitego szlifu, miały teraz jedną skazę i była to jedyna rzecz, którą w sobie kochały, bo jedyna, o której wiedziały, po kim jest.
Dlatego nie zauważyły, że ten sam człowiek je niszczy.
Nos stopnia odłamał się w listopadzie, pod jego stopą, wzdłuż lica. Starszy pan nie upadł. Administrator zamówił naprawę jednego stopnia i przyjechał ten sam człowiek co trzy lata wcześniej. Tym razem był w butach i został dwie godziny. Zalał ubytek żywicą, przeszlifował w miejscu i wyszedł. Reszty nie dotknął, bo za resztę nikt nie zapłacił. Z kolorem nie trafił.
Odłamany kawałek wyrzucił jako gruz. Był cały, ten sam kamień, ten sam szlif — tylko przestał być częścią drogi.
V.
Mróz przyszedł w styczniu.
Obcy cicho wszedł po schodach, bo innej drogi nie było. Winda miała przyciski, domofon i gadała, schody milczały i nie miały niczego, czym można kogoś nie wpuścić.
Zanim usiadł, stał dłuższą chwilę przy grzejniku. Zmarznięte dłonie wsunął między żeberka i stał. Ciepło klatki schodowej sprawiło, że jego ciało zaczęło się uwalniać ze skurczu. Pierwszy doświadczył tego pęcherz. Obcy, stojąc przy grzejniku, oddał mocz; strużka pociekła w narożnik ściany i zrobiła dość dużą kałużę, która weszła w fugę przy cokole i już z niej nie wyszła.
Rozgrzane od kaloryfera dłonie nabrały sprawności. Odkręcił korek butelki i wziął potężny haust wina. Teraz już mu było dobrze — jeszcze tylko coś zjeść i zasnąć.
Usiadł na schodach, bo tam było cieplej i można się było jakoś ułożyć. Usiadł tam, gdzie zwykł siadać starszy pan, czyli przed ostatnimi dwoma biegami. Winda była za mała.
Otwierając puszkę śledzia w pomidorach, część sosu wylał na stopień. Normalnie by to rozmazał butem, ale dziś był cholernie głodny. Zjadł, wypił, co zostało w butelce, ręce wytarł o schody i zasnął.
Schody całe to zdarzenie widziały trochę inaczej.
Na początku myślały, że jest wtorek, bo ciepła woda zaczęła je obmywać na jednym z pięter. Potem poznały znajome uczucie, gdy ktoś na nich siada, i ucieszyły się, że nie są same w tę zimową noc, i czekały na dotyk ręki. I faktycznie dotyk nastąpił — może nie tak delikatny jak zwykle, za to dłuższy.
Miały teraz wszystko naraz: ciepło, miękkość, ciężar i bezruch, i to nie na chwilę. Nic w ich stuletniej wiedzy nie mówiło, że z tego może wyniknąć coś złego. Cała ich wiedza o niebezpieczeństwie pochodziła od butów.
Chciały mu się odwzajemnić, gdy układał się do snu. Gdyby mogły, zamieniłyby się w puchową pierzynę. Nie mogły. Były schodami — sztywne, bo muszą unieść człowieka, i nieruchome, bo inaczej nikt by po nich nie wszedł. Miały jedną rzecz do oddania i dały ją: grzejnik pracował wzdłuż biegu cały wieczór, kamień wziął to ciepło i przekazywał mu wolno, przez pół nocy, aż ostygły.
Słysząc równomierny oddech obcego, wiedziały, że zasnął.
Zasnęły razem z nim.
VI.
Obcy zwymiotował przez sen. Nie obudził się, nie podniósł głowy, nie zmienił pozycji. Schody spały dalej i nie dowiedziały się o niczym aż do rana.
To, co się wtedy zaczęło, nie miało nic wspólnego z brudem. Kwas z żołądka rozpuszcza wapień i marmur, ale najpierw rozpuszcza to, co je trzyma. Otulina cementowa zeszła pierwsza. Skała węglanowa ginęła trawiona kwasem, pieniła się, malała. Cofała się w głąb stopnia. Bazalt nie reagował wcale.
Bazalt wypadł pierwszy.
Nad ranem obcego już nie było. Została butelka i została puszka.
VII.
Lokatorzy schodzili obok. Turyści przeciągali walizki do windy i odwracali głowy. Nikt niczego nie ruszył, bo od tego jest wtorek, a do wtorku było jeszcze pięć dni.
Dozorczyni przyszła z wiadrem i mopem, tak jak przychodziła od lat. Woda rozprowadziła wino szerzej, niż było. Tłuszcz po śledziach w pomidorach rozmazał się i wszedł głębiej. Wytrawionego miejsca nie ruszyła w ogóle, bo tam nie było już czego zmywać — nie było powierzchni. Szorowała mocniej, potem jeszcze mocniej, i po godzinie schody były mokre, czyste i zniszczone.
W narożniku, przy cokole, mocz wszedł w fugę i nie wyszedł. Odtąd za każdym razem, gdy fuga nabierała wody, wracał. Klatka pachniała po myciu mocniej niż przed.
Ziarno bazaltu leżało na spoczniku. Całe, nieuszkodzone, twardsze od wszystkiego wokół. Ziarno bazaltu dozorczyni zmiotła razem z popiołem i petami i, tak jak dwa miesiące wcześniej odłamany kawałek noska, pojechało na gruz.
Stopień, na którym starszy pan kładł dłoń, był jednym z wytrawionych. Starszy pan dalej tam siadał, bo zawsze tam siadał, i dalej kładł na nim rękę, wstając. To już nie była ta sama powierzchnia i wiedziały o tym tylko schody.
Obcy człowiek zamienił się w obcy zapach.
Schody uśmiechały się do pani sprzątaczki, gdy w każdy wtorek przychodziła z wiadrem i mopem je umyć.